Fragment do przeczytania

Wstęp

Pani porucznik w sekretariacie Firmy[1], do którego wtargnąłem zgodnie z otrzymanym rozkazem, była bardzo sympatyczna i warta większego prywatnego zainteresowania, ale na „dzień dobry” pokazała mi miejsce w szyku. Przyjrzała mi się uważnie, aż zacząłem się zastanawiać, czy przez pomyłkę nie trafiłem na casting do jakiegoś durnego programu telewizyjnego, po czym uniosła znacząco brwi, co miało oznaczać, że jest ciekawa, dlaczego ośmielam się jej przeszkadzać.

Zapewne chciała sprawdzić mój głos, bo zanim zdążyłem się przedstawić, czyli przełykając ślinę podać swój stopień służbowy i dane osobowe, przerwała moją wypowiedź zdecydowanych ruchem ręki i obdarzając mnie uśmiechem, wskazała dłonią stojące pod ścianą drewniane krzesło. Co prawda przy oknie stały dwa skórzane fotele, które na pewno były wygodniejsze, ale zgodnie ze starym powiedzeniem „kapral nie oficer, tyłka sobie nie odgniecie”, wykonałem rozkaz i dopiero po chwili z pewną nieśmiałością rozejrzałem się po pomieszczeniu.

Szczerze mówiąc, poczułem rozczarowanie, bo właściwie nie było co podziwiać. Pokój nie różnił się niczym od innych biur w centralnych urzędach. O ile miałem swoje wyobrażenia, jak powinno wyglądać jedno ze strategicznych/najważniejszych miejsc w Firmie, to lekko się rozczarowałem, bo nigdzie nie było oczekiwanych przeze mnie gadżetów. Nowoczesne biurko z komputerem na środku, uzupełnione elegancką szafką na dokumenty i stolikiem z drukarką, za nim widoczny niewielki aneks kuchenny, do którego zapraszała marmurowa posadzka i dwa fikusy stojące przy fotelach pod oknem. Ponieważ znajdowałem się w sekretariacie zastępcy Firmy do spraw operacyjnych, można było się domyśleć, że dość często aneksu używano do późnych godzin nocnych, aby utrzymać wszystkich zainteresowanych na nogach.

Od razu mój wzrok zatrzymał się na drzwiach obitych brązowym skajem, prowadzących do najważniejszej osoby w Firmie, czyli zastępcy szefa. Zgodnie z otrzymanym rozkazem miałem się zgłosić, aby odebrać swój pierwszy przydział. Nieoficjalnie liczyłem na atrakcyjny wyjazd do jakiejś egzotycznej placówki dyplomatycznej, choć równie dobrze mogłem uzyskać przydział do pracy terenowej, w której nie było nic ekscytującego. Miałem jednak marzenia i liczyłem na swoje szczęście, choć oczywiście mogłem to sprawdzić wyłącznie w chwili, gdy zostanę tam zaproszony.

Zgodnie z radą zaprzyjaźnionej osoby pracującej w Firmie od dawna, zameldowałem się pięć minut przed wyznaczonym terminem, aby wszyscy wiedzieli, że jestem odpowiedzialnym i dyspozycyjnym pracownikiem. Nie wiem, czy zostało to właściwie zinterpretowane, bo teraz musiałem swoje odczekać i zapamiętać, aby następnym razem przychodzić o wyznaczonym czasie, jeśli nie chciałem się czuć w przedpokoju jak niepotrzebny mebel. Efekt mojego wcześniejszego przyjścia był taki, że musiałem siedzieć na krześle, podziwiając plakat informujący, że Minister Obrony Narodowej, Aleksander Szczygło, zaprasza w dniu 3 lipca, czyli jutro – jak zauważyłem – do Akademii Obrony Narodowej w Warszawie na konferencję naukową „Afganistan 2007 Misja dla pokoju”. Coś mnie tknęło: być może moje zaproszenie nie jest tak zupełnie oderwane od tej informacji. Postanowiłem jednak spokojnie czekać na dalszy ciąg wydarzeń. Nie oszukujmy się, Afganistan nie był moim wymarzonym miejscem  pracy.

Kilka minut później mogłem dokładnie opisać każdy szczegół plakatu i stwierdziłem w duchu, że nie jest na tyle interesujący, abym nadal wpatrywał się w niego jak sroka w gnat. Szybka ocena sytuacji uzmysłowiła mi, że jedyne, na czym mógłbym na dłużej skupić swoją uwagę, są nogi pani porucznik, tylko one były warte podziwiania. Starałem się robić to dyskretnie, bo praca w naszej firmie ma swoje plusy, niestety dla wszystkich zatrudnionych, i dość szybko się zorientowałem, że pani porucznik dostrzegła zainteresowanie, choć na moje szczęście w żaden sposób jej to nie przeszkadzało. Nie zauważyłem też, abym zyskał u niej jakieś uznanie z tego powodu. To dowodziło jednego: od początku wiedziała, że jestem nic nieznaczącym trybikiem w Firmie i nie musi się mną przejmować. Zapewne byłem dla niej kolejnym szeregowym pracownikiem, który został zaproszony przez jednego z przełożonych, aby w ramach dowartościowania swojej osoby otrzymać z jego rąk nowe zadanie do wykonania. Tylko jedno było pewne: nowy rozkaz skieruje mnie do służby poza granicami kraju, bo w innym przypadku nikt z kierownictwa nie widziałby powodu, aby ze mną osobiście rozmawiać. Już wcześniej słyszałem informację, że taki przywilej dotyczył wyłącznie pracowników którzy mieli do wykonania zadania w tak zwanych „krajach wysokiego ryzyka”, ale jakoś nie chciało mi się wierzyć, że ktoś od razu po kursie miałby trafić do takiego miejsca. Jedno było pewne – takie zaproszenie oznaczało, że dany pracownik zniknie na pewien czas gdzieś poza granicami kraju. Pani porucznik zapewne wiedziała, o jaki kraj chodzi, bo chwilami wydawało mi się, że spogląda na mnie ze współczuciem, choć i z zainteresowaniem. Oboje udawaliśmy, że nie zwracamy na siebie uwagi, ona odbierała telefony, informując rozmówców, że nikt z szefostwa nie jest w tej chwili uchwytny, a ja starałem się nie patrzeć w kierunku jej nóg.

Nigdy nie uważałem się za znawcę kobiet, ale pani porucznik, mimo dobiegającej trzydziestki, była bardzo, ale to bardzo atrakcyjną kobietą. Prawie parsknąłem śmiechem, gdy uświadomiłem sobie, że użyłem w myślach określenia „mimo dobiegającej”. Wiek u kobiety jest bez znaczenia, wszystko zależy od tego, co w sobie ma i wbrew powszechnej opinii ilość wypitego wina nie ma z tym nic wspólnego. Była harmonijnie zbudowana, z radosnej twarzy wyglądały wiecznie zdziwione, duże zielone oczy, choć mając w pamięci, gdzie oboje jesteśmy zatrudnieni, trudno było uwierzyć, że to prawda. Nie miała na sobie munduru, ubrana była w gustowną garsonkę, jeszcze bardziej podkreślającą jej wdzięki. Zaprosiłbym ją bez chwili zastanowienia na kolację, choć wiedziałem, że nie mam żadnych szans na bardziej intymną znajomość. Ale było na co popatrzeć i pomarzyć.

Widocznie nie tylko ja miałem podobne odczucia, bo w sekretariacie co parę minut pojawiali się kolejni pracownicy i prosili o jakieś dokumenty, choć według mojej oceny bardziej skupiali swoją uwagę na walorach zewnętrznych pani porucznik, niż na potrzebnych zaświadczeniach i planach. Być może moja obecność w pokoju sprawiała, że w miarę szybko opuszczali sekretariat, a wtedy ona spoglądała w moją stronę, jakby sprawdzała, czy nadal siedzę na swoim miejscu.

Kwadrans później, gdy na poważnie zacząłem się zastanawiać, czy z moim zaproszeniem na pewno wszystko w porządku i czy przypadkiem nie pomyliłem wyznaczonej godziny, do sekretariatu weszło dwóch mężczyzn. Jedno spojrzenie w ich stronę przekonało mnie, że są pracownikami Firmy, i to takimi, którzy nie przekładają papierków na biurkach, bo nie one są w ich pracy najważniejsze. Obaj byli dobrze zbudowani, może nawet zbyt dobrze, choć należało się zastanowić, czy to zasługa intensywnych ćwiczeń fizycznych na klatkę piersiową, czy dość przypadkowe nadużywanie jedzenia. Jedno było pewne: rozbudowane klatki piersiowe z trudem mieściły się w obszernych marynarkach, które, o ile dobrze pamiętałem z przebytego kursu, idealnie nadają się do ukrycia broni noszonej w kaburze pod pachami. Obaj mieli krótko przycięte włosy i ogorzałe twarze, co dowodziło, że ostatnio częściej musieli przebywać na świeżym powietrzu niż w zaciszach gabinetów. Zresztą absolutnie nie wyglądali na takich, co to lubią pracę biurową.

Od razu skojarzyłem sobie nieoficjalny podział przydatności pracowników Firmy, których zgodnie z zasadami dzielimy na:

 Inteligenta – mającego nie tylko mięśnie, ale także sporo oleju w głowie, dzięki czemu nadaje się do roli ochroniarza dla wyższych urzędników państwowych i polityków. Pod warunkiem, że jednocześnie nie wykazuje ambicji i chęci do pracy w biurze. Czytaj, jest gotowy na wszystko, aby zapewnić sobie karierę w Firmie. A przy okazji nie chlapie bez potrzeby jęzorem i w odpowiedniej chwili odwraca wzrok, aby nie dostrzec nic zdrożnego czy kłopotliwego w zachowaniu swego pryncypała.

Mięśniaka – kogoś, kto bardziej dbał o własny rozwój fizyczny niż … lepiej tego nie rozszerzać. Taki pracownik jest wymarzony do zadań ochrony pośledniejszych urzędników państwowych oraz obiektów poza granicami kraju. Nie stanowi także zagrożenia dla innych pracowników, więc większość kolegów darzy go sympatią.

Urzędnika – tu jest kłopot, bo zazwyczaj taki pracownik nie nadaje się do pracy w żadnych wcześniej wymienionych operacjach, ale za to „jest niezbędny” – według swojej oceny – do prawidłowego działania Firmy. Co do owej „niezbędności”, to żaden z pracowników w terenie nie ma pewności, czy taka ocena jest właściwa, ale jeśli pracuje się w Firmie odpowiednio długo, człowiek zdaje sobie sprawę, że lepiej tego nie mówić głośno i w przypadkowym towarzystwie. Jeśli owi urzędnicy uprzednio pracowali w terenie, istnieje możliwość, że nie staną się zawalidrogami i w ramach swoich możliwości będą się starali pomóc, co wcale nie jest bezpieczne dla pozostałych. Często zdarzało się tak, że na urzędnika awansowana była osoba spoza Firmy, najczęściej znajomy jakiegoś polityka lub urzędnika, który się liczył… I to jest odpowiedni moment, aby przestać o tym dalej pisać…

Władza – urzędnicy z doświadczeniem lub nie, którzy zostali docenieni przez odpowiednie osoby pracujące w Firmie, zajmując w niej stanowiska kierownicze. I nikogo nie interesuje zdanie takich pracowników jak ja.

Według mojej oceny obaj nowoprzybyli kwalifikowali się do drugiej grupy, czyli mówiąc językiem zrozumiałym dla wszystkich, spełniali funkcje operacyjne poza granicami kraju, co już było interesujące. Nim zdążyłem przyjrzeć się im dokładnie, jeden z nich – niższy od kolegi o kilka centymetrów – spróbował pocałować panią porucznik. Co prawda w policzek, ale raczej nie była tym zainteresowana, szybko wyszła zza biurka i skierowała się do gabinetu zastępcy dyrektora, nie dopuszczając do poufałości.

Zwracali się do siebie po imieniu, więc zapewne znali się odpowiednio długo, aby nie tracić czasu na obowiązującą służbową etykietę. Wyższy z nich spojrzał uważnie w moją stronę, po czym doszedł do wniosku, że zapewne jestem niższym rangą urzędnikiem, na którego szkoda jego czasu i uwagi, bo skupił się na koledze, który bez zbytniego skrępowania  przyglądał się znikającej za drzwiami sekretarce, a szczególnie jej biodrom.

– Daj spokój, i tak nie masz u niej żadnych szans – stwierdził krótko, siadając w jednym z foteli. – Za wysokie progi dla takich prostaczków jak my.

– Może tak, a może nie, zresztą mów za sobie – odpowiedział tamten, uśmiechając się do swoich myśli. – W każdym razie nikt mi nie zabroni próbować, jak jest okazja… Poza tym i tak obaj wiemy, że jakby co, żadna ze stron nie jest zainteresowana zaślubinami.

– Ściągniesz sobie kiedyś na głowę kłopoty… – odpowiedział wyższy, ignorując moją obecność. – One wszystkie niby nie chcą ślubowania, ale każda marzy o białej sukni i księdzu kapelanie. A ty i tak masz opinię erotomana–gawędziarza… – zaśmiał się chrapliwie.

– O image dbać trzeba zawsze, a czasami opinia urabia babki, zanim jeszcze człowiek na nie spojrzy i można wtedy szybciej  sprawdzić, czy wszystko pasuje… – zaśmiał się niższy, puszczając w moim kierunku oko. – Minął już czas, że bierze się w ciemno, nawet zakonnice o tym wiedzą.

– Nie musisz sam sprawdzać, możesz się spytać wyższych stopniem – zaproponował ze śmiechem ten drugi, ale jego kolega uniósł tylko znacząco środkowy palec ku górze.

Byłem pewny, że pracujemy w tej samej firmie, choć na pewno na innych stanowiskach. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście mają z sobą broń, bo choć zgodnie z jakimś tam rozporządzeniem pracownicy nie powinni nosić broni na terenie biura, ci dwaj nie wyglądali na takich, którzy by się takimi zakazami przejmowali. Czego jak czego, ale patrząc na ich dłonie, byłem pewny, że nie należą do rzeszy urzędników, których mijałem na korytarzu.

– Możecie wejść… – zakomunikowała pani porucznik, wskazując wejście do gabinetu.

Nie byłem pewny, czy zaproszenie dotyczy także mojej osoby, ale ponieważ nie zauważyłem z jej strony żadnego zachęcającego ruchu dłonią, postanowiłem pozostać na miejscu, co – jak się wkrótce okazało – było słusznym posunięciem.

Ledwie za dwoma mięśniakami zamknęły się drzwi, w sekretariacie zjawiła się kolejna pracownica z plikiem dokumentów, które położyła z ulgą na blacie biurka, po czym spytała, czy pojawili się już u dyrektora Mani z Doctorem, którzy mają stanowić nową obsadę w Kabulu. Ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy taka informacja może się przydać, starałem się zachowywać na tyle spokojnie, aby nie zwróciły uwagi, że przysłuchuję się ich rozmowie. Nie wiem, na ile mi się to udało, a na ile było to powiedziane specjalnie przy mnie, ale dowiedziałem się, że Mani nic jeszcze nie wie o nominacji na dowódcę grupy ochrony, ale jest raczej pewne, że dyrektor znajdzie sposób, aby go przekonać. W końcu niczym nie ryzykuje, obiecując mu udział w najbliższym kursie oficerskim oraz na „dzień dobry” wynagrodzenie przypadające oficerowi na placówce zagranicznej, choć oficjalnie takie uposażeniu mu nie przysługiwało. Ważne, aby dał się przekonać i nie trzeba było szukać kogoś innego na to stanowisko. Obie śmiały się, że obiecanki zazwyczaj przynoszą dobre skutki, a jak będzie później, to już inna sprawa.

Zapewne dowiedziałbym się jeszcze sporo o życiu w Firmie, ale koleżanka spytała panią porucznik, czy Doctor nadal smali do niej cholewki, bo już dawno wszyscy w Firmie wiedzą, że zapowiedział, iż jej nie przepuści.

– Chcieć, a dostać, dwie różne sprawy – odpowiedziała z przekonaniem pani porucznik, po czym wskazała ruchem głowy w moim kierunku, jakby chciała przypomnieć, że nie są same w pomieszczeniu i nie należy o wszystkim mówić.

Demonstracyjnie odwróciłem głowę i spojrzałem w okno, aby w ten sposób zdystansować się od plotek. W każdym razie dalej rozmawiały na tyle swobodnie, że dowiedziałem się iż Firma ma kłopoty z obsadą placówki w Kabulu i gotowa jest obiecać wszystko, aby tylko Mani wyraził zgodę na wyjazd.

Chyba dyrektor nie musiał zbytnio się wysilać, aby przekonać Maniego, bo w pewnej chwili wszyscy usłyszeli w sekretariacie polecenie poprzez interkom:

– Dawać Młodego.

Trwało chwilę, zanim zrozumiałem, że chodzi o moją skromną osobę, w czym pomógł mi ponaglający ruch dłoni pani porucznik, która – nie przerywając rozmowy z koleżanką – wskazała mi kciukiem drzwi gabinetu. Zdążyłem usłyszeć uwagę, że młode mięsko jest jeszcze zielone, i z trudem tłumiony chichot, gdy zamykałem za sobą drzwi.

Za szerokim biurkiem w centrum gabinetu siedział szpakowaty osobnik, którego widziałem już wcześniej na kursie i dzięki temu wiedziałem, że choć teraz ubrany po cywilnemu, w rzeczywistości jest zastępcą głównego dyrektora. Niby przysłuchiwał się wywodom wyższego z mężczyzn, którego sekretarka nazywała Manim, ale moje wejście było mu na rękę, bo od razu odwrócił się w moją stronę, ignorując pozostałych. Nim zdążyłem się przepisowo zameldować, uciszył mnie zdecydowanym ruchem dłoni i nie wstając z fotela, podał Maniemu teczkę personalną. Choć nikt nic nie mówił, byłem dziwnie pewny, że teczka zawiera dokumenty dotyczące mojej osoby.

– To nowy nabytek Firmy – przedstawił mnie krótko, bardziej obserwując reakcję Maniego, niż moją. – Wszystko masz w dokumentach, więc nie będę tracił czasu na jałowe trzepanie językiem i wprowadzenie, jakim to on jest dobrym harcerzem. Wspomnę tylko, że ma dobre referencje i specjalność kierowcy oraz strzelca wyborowego. Mimo że dopiero co skończył kurs, zgłosił się na ochotnika na wyjazd do jednej z naszych placówek. Po analizie w zarządzie postanowiliśmy, że przydzielimy go wyjątkowo do twojej grupy, Mani. Wiem… – uprzedził sprzeciw Maniego, który próbował wejść mu w słowo. – Jest młody, a ja obiecałem ci doświadczoną ekipę, ale przecież musi się gdzieś tego wszystkiego od kogoś porządnego nauczyć. Osobiście uważam, że najwięcej zyska właśnie przy tobie, zresztą wolałem przydzielić ci dobrego młodego, którego można ukierunkować, niż jakiegoś wiecznie niezadowolonego wiarusa, któremu nic nie będzie się podobało. Poza tym, zgodnie z naszymi ustaleniami, ambasadzie w Kabulu przysługuje czterech etatowych funkcjonariuszy BOR–u, a ja daję ci piątego… – zaznaczył przeciągle, nie dopuszczając Maniego do słowa. – Wierz mi, że będę się jeszcze musiał z tego tłumaczyć szefowi oraz innym politykierom z zarządu. To jest dla nich ponadstandardowa obsada, a wiecie, jak to niechętnie jest akceptowane przez naszych szefów, bo oznacza zwiększone wydatki w budżecie Firmy. Znowu będę musiał walczyć o dodatkowe dofinansowanie – westchnął ciężko, jakby akurat to najbardziej go męczyło.

– Kabul to miasto o zwiększonym ryzyku – wszedł mu wreszcie w słowo Mani, zerkając w moim kierunku. Zauważyłem, że nawet nie próbował ukryć grymasu rozczarowania. – Po doświadczeniach, jakie zyskaliśmy przy organizacji ambasady w Bagdadzie, powinniśmy wiedzieć, że aby wszystko działało jak należy, obsada w krajach zwiększonego ryzyka, a Afganistan do takich należy, powinna liczyć minimum ośmiu ludzi. Zresztą, rzeczywiście obiecał mi szef fachowców, a ja widzę harcerza, któremu będę musiał poświęcić dużo czasu, zanim go gdziekolwiek puszczę samego. Sorry, panie pułkowniku, ale umowa była inna.

Mój nowy dowódca nie ukrywał, że nie jest ze mnie zadowolony. Nie powiem, aby nie było mi przykro z tego powodu, ale cóż mogłem zrobić. Obiecać w duchu, że udowodnię wapniakowi, iż może nie jestem tak dobrze zbudowany, jak on i jego kumpel, ale na pewno tak samo jak oni sprawdzę się w swojej pracy? Potrzebowałem czasu i okazji, żeby to udowodnić, a sądząc z reakcji dyrektora, wyjazd miałem pewny jak pieniądze w banku. No, może to nie było zbyt dobre skojarzenie, bo z bankami różnie bywa.

– Nie pierdziel, Mani! – zdenerwował się niespodziewanie dyrektor, wstając zza biurka. – Dałem ci wszystko, co chciałeś. Dostałeś etat oficerski, dodatek funkcyjny oraz Doctora jako swojego przybocznego, bo jak wcześniej mówiłeś, byliście razem na poprzedniej placówce i możecie być siebie pewni. Zapewniam ci także wszelką możliwą pomoc w załatwianiu wszystkich spraw, jakie uznasz za stosowne, gdy już się rozejrzysz na miejscu i ocenisz potrzeby ambasady. To jeszcze nie wszystko – nie pozwolił mu dojść do głosu. – Zauważ, że po powrocie z Kabulu i ukończeniu kursu oficerskiego będziesz miał możliwość wyboru nowej placówki. Wracając do Afganistanu, nie jestem zadowolony z pracy poprzedniej i obecnie przebywającej tam ekipy, która skupiła się na pilnowaniu lokalnych pracowników podczas remontu, a zapomniała o innych aspektach naszej pracy. Na szczęście prace budowlane zostały zakończone i teraz nic już nie stoi na przeszkodzie, aby posłać tam prawdziwych fachowców. Mani, zdecydowałem się na ciebie, bo masz potrzebne doświadczenie i nie pozwolisz sobie chodzić po głowie byle urzędniczynie z MSZ–tu. Wiem, że zanim zrobisz coś głupiego, najpierw pomyślisz o bezpieczeństwie placówki oraz ludzi, którzy są tam zatrudnieni.

– I mam tego dokonać mając do dyspozycji czworo ludzi? – upewnił się cicho Mani, podnosząc do góry otwartą dłoń.

– Pięciu – poprawił go dyrektor, wracając za biurko. – Masz czterech doświadczonych i jednego, którego musisz przyuczyć, ale zawsze to lepiej, mieć młodego zdolnego, niż w ogóle nikogo więcej nie mieć. Wiem, że to stan minimalny, ale podczas remontu nie było potrzeby trzymać tam więcej ludzi, tym bardziej, że placówka nie działa w pełnym wymiarze… – Przerwał swój wywód i dodał ściszając głos: – To naprawdę nie moja wina, że ktoś z naszych urzędników nie wprowadził we właściwym czasie poprawek do planowanej obsady tej cholernej ambasady i teraz, gdy wszystko zostało akceptowane przez naszego szefa, nic już nie możemy zrobić. Nie mamy na to ani funduszy, ani pełnej obsady i dlatego do następnego roku musimy sobie jakoś dać radę. Obiecuję, że postaram się załatwić wam pomoc wojska i może oni podeślą kogoś do pomocy, bo dobrze wiem, że przy takiej obsadzie będziecie mieli mnóstwo roboty. Ale musi to trochę potrwać, zanim wszystko będzie takie, jak powinno być. Dlatego będę potrzebował rzetelnych raportów oceniających stan zabezpieczenia placówki oraz konkretne propozycje zmian i sugestie, co musimy szybko usprawnić, a co może jeszcze poczekać. Mani, jedziesz tam między innymi dlatego, że robiłeś podobne rzeczy w Bagdadzie, więc dobrze wiesz, o co mi chodzi. Oczywiście nie obiecuję, że uda mi się wszystko szybko załatwić, bo dobrze wiesz, że nasza biurokracja potrzebuje trochę czasu, aby wszystko przemielić na język dla nich zrozumiały, ale na to już nie mam wpływu. W każdej sprawie, która będzie wymagała mojej interwencji, będziesz się kontaktował z Eweliną, ona najlepiej wie, jak ci pomóc i gdzie ewentualnie mnie znaleźć. I pamiętaj, że i tak masz wyższą stawkę od innych – zaznaczył.

[1] Firma – gwarowe określenie własnego zakładu pracy, w tym przypadku Biuro Ochrony Rządu